Zielona Latarnia, czyli rise and być początkującym superbohaterem
W kinematografii ostatnich lat (szczególnie tej amerykańskiej, hollywoodzkiej) powoli krystalizuje się nowy topos - topos początkującego superbohatera: młody, dwudziesto-, czy też nastoletni nieudacznik, któremu ni stąd ni zowąd przychodzi ratować świat, a przy okazji poderwać dziewczynę. Dostrzec go wyraźnie możemy oglądając Green Lantern, Spider-Mana czy inną z ostatnich (albo i nie) premier, czyli Transformersy (a w formie pastiszu i w Kick-Ass).
Tutaj fabuła jest podobna. Przeczytaj spoilery +
Sytuację ratują przyzwoite efekty, nieprzeszkadzająca ścieżka dźwiękowa oraz fakt, że twórcom udało się (wyjątkowo) nie zepsuć komiksowej legendy przekręcając niepotrzebnie fabułę.
Czy warto obejrzeć? Przy chipsach i piwie/zgrzewce Frugo pod koniec ciężkiej imprezy - myślę, że nie zaszkodzi. Ale robienie z tego filmu atrakcji wieczoru byłoby pomysłem kompletnie nietrafionym...
exellos
powiedziałbym raczej że to amerykańska moda na równie amerykańskich komiksowych herosów. więc raczej w komiksie należałoby szukać toposu-początkującego-superbohatera
Zaloguj się aby skomentować lub połącz przez Dołącz przez Facebook